O byciu po prostu sobą, czyli dlaczego nie jestem już weganką ani chrześcijanką?

Zacznę od tego, że zawsze byłam trochę porąbana. Jako dziecko budowałam domki dla wróżek, szukałam kręgów grzybów w lesie, zbierałam kolorowe szkiełka udając, że to kamienie szlachetne i udawałam, że jestem bogiem kurna wiatru. Potrafiłam się modlić całymi nocami mając 5 lat, doświadczałam paranormalnych wydarzeń, gdzie po latach mogę stwierdzić, że tylko niektóre mogły mi się zdawać, a reszta jak najbardziej była realna. Można to wszystko oczywiście sprowadzić do tego, że byłam po prostu dzieckiem. Dzieciom się różne rzeczy „przydarzają” i „wydarzają”, bo są dziećmi i wierzą we wszystko, a we wróżki i duchy to już w ogóle. Problem w tym, że mnie nigdy to nie minęło. I zanim się zaczniesz śmiać – nie, nie wierzę we wróżki ani nic takiego. Jednak ZAWSZE pod tym względem się różniłam od innych. I w sumie nie tylko pod tym względem.
Póki jeszcze chodziłam do przedszkola/podstawówki to nie odstawałam aż tak, bo większość dzieci jest mega wyjątkowa, bo jest sobą i jeszcze nie czują presji, że muszą być takie czy srakie. Na pewno jednak byłam inna chociażby dlatego, że po szkole namawiałam koleżanki żeby razem ze mną budowały szałas w lasku przy szkole i śpiewały dziwne piosenki z bajek. Albo sprzedawałam „amulety” z masy solnej i gazetki, które sama robiłam. Tak 🙂

Później w gimnazjum różnica między mną, a rówieśnikami stała się trochę bardziej widoczna. I ogólnie nie mam tutaj na myśli, że byłam jakaś ultra wyjątkowa jak Harry Potter i odstawałam od reszty jak jakiś wyrzutek. To były małe, lecz znaczące różnice. Nigdy nie miałam parcia i nie rozumiałam, dlaczego większość osób w mojej szkole chce się stać tzw. fejmem. Kiedy inni próbowali się wbić w grupy tych popularnych, ja na dyskotece tańczyłam sobie z księdzem (który btw. jest jedną najfajniejszych osób, z jakimi miałam styczność w tamtym okresie mojego życia i w ogóle) poza jakimikolwiek kółeczkami popularnych i tych, którzy do tego kołeczka chcą wejść. Albo zostawałam wiecznie po lekcjach w szkole, żeby z koleżankami śpiewać piosenki Disneya na korytarzu. Albo z przyjaciółką łapałam przypadkowych ludzi za szyję. Albo ich śledziłyśmy aż do domu (w tym mojego obecnego chłopaka, więc go sobie heh, wyśledziłam). Albo przypadkowo trafiałyśmy podczas zabawy widelcem w chłopaka, w którym wówczas się kochałam. Po szkole często przebywałam w lesie, w tym również w nocy, kiedy się np. pokłóciłam z rodzicami. Zbierałam kwiaty i zioła, robiłam potem z nimi dziwne rzeczy w kuchni (do dzisiaj w piwnicy domu moich rodziców stoją mikstury, które zrobiłam). Próbowałam bawić się ogniem, przy okazji odkrywając, że można kontrolować jego energię. Odkryłam jak silny wpływ ma na mnie księżyc i jego fazy. Poznawałam ciekawych i dziwnych ludzi, którzy wypowiadali mi jakieś przepowiednie czy inne takie. I kiedy reszta moich znajomych się z tego śmiała i nic nie rozumiała, mnie w środeczku przerażało to, że ja jak najbardziej rozumiem. Zaczytywałam się w rożnej maści mitologie i legendy, dziwne teorie na temat świata, jego powstania i działania. Wtedy również zaczynałam mieć bardziej złożone przemyślenia na temat mojej wiary i ogólnie wiary chrześcijańskiej. Przeczytałam wtedy całą Biblię z nadzieją, że mnie umocni, a jedyne co mi to dało, to jeszcze większy rozstrój logiczno-emocjonalny.

Wszystko co opisuję, to nie były myśli i doświadczenia odkryte, o których wszyscy wiedzieli i widzieli, a moje czynności i przemyślenia „po godzinach”. Nie mówiłam o nich wcale, bo nie miałam potrzeby i czułam jednocześnie, że i tak tego nikt nie zrozumie. Plus wielu rzeczy nie wypadało, jak np. nie wypadało wtedy nie wierzyć w Boga. No bo jak to tak nie być chrześcijaninem w Polsce, nie wierzyć w Boga, Jezusa i Maryję i może jeszcze do kościoła nie chodzić? Tak więc, miałam mnóstwo przemyśleń i wniosków, doświadczałam dużo rzeczy, ale to wszystko z siebie wypierałam, nadal żyjąc wg bezpiecznych norm. Wtedy właśnie zaczął się mój „mroczny” okres w życiu. Tak mniej więcej oczywiście. Bierzmowanie i udawanie, że w to wszystko wierzę i to czuję. Pamiętam, że nawet podczas ceremonii bierzmowania, kiedy ksiądz nadawał mi moje imię i miał we mnie teoretycznie wstąpić duch święty, myślałam sobie, że uff, w końcu koniec tej katorgi i będę mogła w końcu nie chodzić na te wszystkie spotkania i do kościoła. Serio. Tak, jakby już nic innego mi nie mogło przyjść na myśl. Wtedy mniej więcej przestałam chodzić do kościoła(Tutaj pragnę zaznaczyć, że moi rodzice są głęboko wierzący, więc to nie było takie hop siup. Jednak jestem mega wdzięczna za moich rodziców właśnie. Bo mimo iż nasze losy były naprawdę różne i porypane niekiedy, to nigdy, ale to nigdy mnie do niczego nie zmuszali w chory sposób. Nie było u mnie szantaży ani zmuszanek do chodzenia do kościoła, czy na jakieś dodatkowe zajęcia czy cokolwiek w tym stylu).
Zaczęłam chodzić do liceum i heh, jak już sporo osób wie, tutaj to już w ogóle była dla mnie męka nad męki. Od samego początku chciałam się gdzieś przepisać albo przejść na edukację domową. Jednak wtedy też poznałam mojego chłopaka, więc jakoś pierwszy rok zleciał na pierwszych porywach miłości. Potem tylko coraz bardziej oddalałam się od siebie i od mojego prawdziwego „ja”. Wymyślałam coraz to nowsze pierdoły, żeby tylko dopasować się do wymogu super ocen, super studiów i świetlanej przyszłości w zawodzie. Więc sobie wykminiłam, że skoro od zawsze lubiłam naturę, zwierzęta, rośliny, a majstrowanie coś z nimi w kierunku zarówno kulinarnym jak i kosmetycznym mi super wychodziło, to muszę iść w tym kierunku. A że pieniążki trzymają się kierunków medycznych, to super pomysłem jest iść na weterynarię! ( i tutaj również pragnę coś zaznaczyć. Jeśli jest coś twoim powołaniem i jest to właśnie np. weterynaria to super i nic mi do tego. Po prostu uważam za błędne to, co ja sama zrobiłam, czyli sprowadzenie swoich pasji i zainteresowań na siłę do jednej kategorii, żeby moc się wpasować w jakiś kierunek studiów. Tak jakby na świecie istniało 20 pasji na krzyż w jednej wersji) Tak wiec chcąc iść na biol-chem, musiałam zdać egzamin wyrównujący z biologii i chemii. Uznałam w takim razie, że super będzie zacząć chodzić na korepetycje. W wakacje. I tak oto zmarnowałam całe wakacje ma uczenie się przedmiotów, których nie lubiłam.


W międzyczasie uświadamiałam sobie coraz bardziej, że różnię się nadal od innych. Za żadne skarby świata nie potrafiłam się przekonać do imprezowania. Wtedy to jeden jedyny raz się tak upiłam, co było mega śmieszne. To tym bardziej mnie do tego zraziło, bo wiedziałam że robiąc to, próbuję się po prostu wpasować. Zauważyłam wtedy też, że robiła to większość. Dużo z nich też m.in. po to, żeby uciec od swoich myśli i ukrywającego się uczucia, że nie robią tego co chcą. Podobnie jak wówczas ja. Pragnęłam jednocześnie jednak przynależeć do jakiegoś „społeczeństwa”. Nieświadomie padło na wegan. Specyficzną grupę ludzi, w większości myślącą że swoim weganizmem zbawiają świat niczym Chrystus. Mocno wkręciłam się w tę iluzję, nadając krótkotrwale mojemu życiu sens i tłumacząc sobie że wiem więcej i postępuję właściwiej. Takim sposobem, zamknęłam się w kolejnej klatce ideologii, mówiącej mi co mogę, a czego nie. A ja to przyjęłam, jak i wiarę chrześcijańską wcześniej, bo każdy człowiek przecież potrzebuje zasad wg których żyje. Tak wiec zaczęły się dyskusje z rówieśnikami (jednak przynajmniej na tyle nie byłam porąbana, żeby prowokować innych, zaglądać im w talerz, wręcz było odwrotnie), z rodziną, pisanie artykułów do szkolnej gazetki, założenie bloga na temat weganizmu i cała reszta działalności w tym kierunku. Po tym czasie około zaczęłam się chyba trochę wybudzać z tych wszystkich iluzji. Ale tylko częściowo niestety. Z wiarą chrześcijańską już skończyłam na dobre, weganizm częściowo przekształcił się w uzdrawianie za pomocą diety, za pomocą owoców, ziół i głodówek (co jest super, ale nie to w jaki sposób do tego podchodziłam).
Wracając do szkoły. Nienawidziłam miejsca w którym jestem, więc wbrew temu co wypada, przeniosłam się znowu z klasy do klasy. Tym razem do egzaminu nie zmarnowałam całych wakacji. Jednak wakacje poświęciłam na coś innego, co z perspektywy czasu wiem, że zapoczątkowało moje kolejne wejście w iluzję, tym razem pieniądza. Wakacje spędziłam nad morzem w pracy, w okropnych warunkach, pracując i w słońce, i w mega wietrzne burze na zewnątrz. Po wakacjach wróciłam mega wykończona, żeby zacząć “radośnie” kolejny rok w szkole, przysięgając sobie, że nigdy już nie wrócę do takiej pracy. Ostatni rok w szkole mnie praktycznie nie było, nie miałam już ludzi wokół siebie, spora część masowo mnie po prostu odrzuciła. Długo nie mogłam sobie z tym poradzić i nie rozumiałam dlaczego. Teraz wiem, że to naturalny proces, bo już wtedy doskonale czułam, że nie rezonuję już więcej z tymi osobami. Niestety świadomie o tym nie wiedziałam, przez co przez cały rok czułam się odrzucona, mega dziwnie i czułam tylko coraz bardziej, że jest coś ze mną mocno nie tak.

W międzyczasie, kiedy inni całymi dniami przesiadywali w książkach, ucząc się do matury, ja nie chodziłam całymi dniami do szkoły i siedziałam na łące i w lesie, bo tylko tam czułam się dobrze. Wtedy również przypadł czas na moje najgorsze stosunki z rodziną. Dlatego się wyprowadziłam. Szkołę dokończyłam na ostatnich rezerwach energii, maturę zdałam śpiąc na matematyce i wypełniając tylko kilka zadań. O studiach nie było (i nadal nie ma) mowy. Chciałam jak najszybciej uciec z miejsca w którym byłam, dosłownie i w przenośni. Tutaj włączył mi się tryb udowadniania innym czego ja to nie osiągnę. Razem z chłopakiem zdecydowaliśmy wyprowadzkę do Warszawy. Postanowiliśmy znowu jechać do tej samej pracy nad morzem. Nie wiem co my wtedy mieliśmy w głowie. Na pewno wizję zarobku. Tutaj słowo klucz: wizję. W praktyce dostaliśmy pieniędzy dużo mniej, ponieważ szef firmy nie był za bardzo w porządku. Jednak pieniądze które mieliśmy wystarczyły spokojnie na początek życia w Warszawie. Tak bardzo chcieliśmy wszystkim udowodnić, gubiąc przy tym siebie. Tak mocno wkręciliśmy się w iluzję pieniądza, że w sposób naprawdę niewytłumaczalny, nasze losy toczyły się tak nieprawdopodobnie, że można by jakiś serial z tego stworzyć. Nasze humory i samopoczucie, były bezpośrednio zależne od ilości posiadanych pieniędzy. Np. był taki moment, że mega się martwiliśmy nimi przez kilka dni, mieliśmy mega złe humory i mini depresyjki, ale nagle pieniędzy pojawiło się więcej, wiec nagle życie nam niestraszne i jest super. Wtedy nagle zepsuł się mój telefon, tak na amen, że trzeba kupić nowy, pękła nam opona w aucie, tak po prostu od niczego, nasza kicia zaczęła chorować, praca stanęła pod dużym znakiem zapytania, bo pojawiły się problemy, których nikt by raczej nie przewidział w normalnym scenariuszu. W jednym momencie.
I tak życie się toczyło. I czasami nadal toczy. Jednak stało się coś mega ważnego. I ja, i mój chłopak, wybudziliśmy się z dotychczasowych iluzji. Kto wie, może i nawet teraz nie wiemy i wpadamy w nowe. Uświadomiłam sobie jednak, że od około okresu początku gimnazjum zamierzałam ku swojemu upadkowi. Każdy mały wybór, który absolutnie nie był mój, poskutkowały taką drogą. Bo bałam się być sobą, bo nie wypadało, bo sądziłam ze w życiu trzeba walczyć o miejsce pod słońcem i nic nie przychodzi łatwo. Troszkę się sama pogruchotałam i udawałam ze to świat. Przez co podświadomie, tak jak przyznajmy, większość z nas, uważałam ludzi za potencjalnych wrogów. Wkręcając sobie, że na pewno ktoś mnie obgaduje, śmieje się z tego co robię. I jest to całkiem możliwe! Jednak kogo to kurna obchodzi. Bo na pewno już nie mnie. I taka wolność jest niesamowita, nigdy nie sądziłam że to możliwe. Nie jestem już dłużej chrześcijanką ani nie jestem w żadnej religii, która by mi narzucała co jest moralne, a co nie, w co wierzyć, a w co nie. Co mam robić i czym kierować się w życiu. Gdzie nie muszę na siłę przekonywać siebie, że w to co wierzę istnieje gdzieś tam na pewno i przeczyć swojemu rozsądkowi, logice i temu, co po prostu czuję. Co poskutkowało tym, że odnalazłam swoją drogę w duchowości i czynię więcej dobra, niż kiedykolwiek dotąd. Rozwijam się bardziej niż kiedykolwiek dotąd. I co mega ważne, nie muszę się przekonywać, że to istnieje, bo wiem, że tak. Bo doświadczyłam tego już miliony razy. A mówię tutaj o szeroko pojętej energii, która nas otacza, pracy z nią i kształtowania własnej rzeczywistości (w wielkim skrócie oczywiście).
Wybudziłam się również z iluzji pieniądza i mam je teraz mocno oraz daleko w jednej z lepszych części mojego ciała. Przez co nagle problem z pieniędzmi przestał istnieć, a zaczęły się pojawiać możliwości, mnóstwo możliwości do ich zarobku jak i one same, tak po prostu. Zerwałam również z ideologią weganizmu. Nie trafia tutaj do mnie również kontrola umysłowa tego czy coś zjem, czy coś kupię i wieczne wyrzuty sumienia, kiedy podjem z talerza kolegi kawałek burgera. Moim własnym wyborem jest niejedzenie tego wszystkiego, bo nie lubię, bo mi nie służy, bo czuję się potem źle, bo mnie to obrzydza i nie chcę krzywdzić. Tak po prostu. I czuję się z tym super. I dzięki temu dokonuję bardziej świadomych wyborów. I nawet kiedy raz na rok zjem w sałatce wędzonego łososia, to jest ok, bo to mój i niczyj inny wybór, bo jestem po prostu sobą i słuchając siebie, wiem co mam robić. Nie potrzebuję z góry narzuconego systemu, który przyswajam do swojego życia bez zastanowienia. Już sobie nie wmawiam, że muszę się uzdrowić, że muszę nie jeść gotowanego czy że muszę pić soki, z którymi się mega męczyłam kiedyś i wmawiałam sobie, że musi tak być, bo czegoś takiego nie osiąga się łatwo, tylko ciężką pracą, bardzo trudnymi wyrzeczeniami. A po prostu tego nie czułam w tamtym momencie mojego życia. I tak w momencie kiedy zrezygnowałam ze zmuszania się do surowej diety, dzień później samoistnie chciałam pić same soki i zrobiłam sobie dwa dni na soku z selera i owoców, co kiedyś było dla mnie nie do przejścia. Albo nawet bez uświadamiania sobie, ostatnio byłam na melonach przez 4 dni, praktycznie w 80%. Nie rządzi mną już teraz żaden jedzeniowych ruch. Jem co chcę i pije to co chcę. I nagle jem zdrowiej niż kiedykolwiek dotąd, tak po prostu.
Przestałam chcieć wyglądać jak inne dziewczyny, zgodnie z aktualnymi trendami. Przestałam chcieć być dziewczyną, którą myślałam że zainteresuje się najwięcej osób i przypadnie do gustu największej ilości osób. Przez co odkryłam swój własny styl, który mnie mega cieszy i czuje się tak super. Przez co zaczęło się mną interesować więcej osób niż serio kiedykolwiek wcześniej. Aż czasami czuje się jak w “Truman show”. Bo takie rzeczy się nie wydarzają nawet najatrakcyjniejszym osobom. I nagle zaczynam rozumieć, dlaczego najpiękniejszym jest się właśnie wtedy, kiedy jest się sobą.
Wróciłam do swoich prawdziwych pasji, przez co jak nigdy, mam ochotę wstawać rano i się w nie zagłębiać, uczyć i odkrywać. A np. idealną opowieść fantastyczną, noszę w swojej głowie od gimnazjum. A teraz w końcu wiem ze mogę to wydać w świat i nie czuć się dziwnie, a wręcz przeciwnie. Czuć się wolna i szczęśliwa. I to wszystko się tak nakręca. Nie mogę się doczekać kolejnych dni, cieszę się takimi pierdołami, jak zamówienie świeczek, znowu odkrywam magiczną muzykę, która przenosi mnie do raju. Wracam do starych przedsięwzięć. Zaczynam uzewnętrzniać to co mam w środku i wysyłać dobrą energię w świat, przez co wraca do mnie w nawet zwiększonej sile. Mogę i chcę znowu wrócić do zabawy w ziółka, kamienie, sztukę i astrologię, bo jest to coś co czuję od zawsze. Mogę w końcu dodać taki tekst na swoją stronę i nie obawiać się, że ktoś zacznie się śmiać, bo już rozumiem, że każdy jest w innym etapie swojego życia pod względem energetycznym i nic w tym dziwnego, że odbiera to co napisałam jakbym się naćpała i postanowiła udawać czarodziejkę. Po prostu pamiętaj, że bycie sobą jest zajebiste, a praktycznie wszystko jest lub może stać się dla ciebie iluzją, która wyrzuci cię gdzieś na bury koniec świata. Jednak nigdy nie jest za późno, żeby wrócić lub odnaleźć siebie. I zacząć znowu lub w ogóle pisać wiersze, zbierać szkiełka czy odkryć nową planetę. A wolność, możesz dać sobie wyłącznie ty sam.

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Notification